You are here
Home > Bajki „Dla pampuszka”

O króliczku, który spotkał Świętego Mikołaja

Święty Mikołaj
Święty Mikołaj

Królinka Dżunia mieszkała w niewielkim domu przy Parku razem ze swoimi rodzicami i opiekunami. Tego roku miała po raz pierwszy dostać pod choinkę prezenty i była niezwykle podekscytowana. Rodzice powiedzieli jej, że w nocy odwiedzi ich dom Święty Mikołaj i przyniesie wspaniałe dary. Z tą miłą myślą Dżuni położyła się spać.

Z emocji nie mogła jednak zasnąć. Długo leżała i rozmyślała, zastanawiając się, jak wygląda Mikołaj i czy uznał ją za wystarczająco grzeczną, żeby przynieść jej wymarzone rodzynki pod choinkę. Kiedy wreszcie przysnęła, była już północ. Po niecałych dwóch godzinach obudziła się jednak, ponieważ usłyszała hałas w saloniku. Zaniepokojona, wstała i cichutko, nasłuchując, pokicała w tamtą stronę. Ani rodzice, ani opiekunowie się nie przebudzili – najwyraźniej byli zbyt zmęczeni przygotowywaniem wigilijnej kolacji, żeby zwrócić uwagę na podejrzane hałasy.

Jakież było jej zaskoczenie, kiedy ujrzała koło choinki postawnego, dużego królika w czerwonej czapce. Grzebał w worku i najwyraźniej czegoś szukał. Gdy królinka cicho weszła do pokoju, od razu zastrzygł uszami i spojrzał w jej kierunku. Dżuni była trochę przestraszona, ale odważyła się spytać:

-Kim pan jest?

-Jestem Świętym Mikołajem, Dżuni – odparł duży królik, uśmiechając się.

-Nie powinieneś mieć brody i dużego brzucha? – zdziwiła się królinka, podchodząc bliżej.

-W wersji ludzkiej, tak. Ale jak przychodzę do króliczków, to przyjmuję postać uszatą. – Wyciągnął coś z worka. – Słyszałem, że byłaś bardzo grzeczna w tym roku, Dżuni. Oto prezent dla ciebie.

Podekscytowana, królinka otworzyła szybko paczuszkę. Nie umiała stłumić westchnienia rozczarowania, kiedy znalazła w środku babkę szerokolistną.

-Och, Święty Mikołaju – powiedziała ze smutkiem. – Marzyłam o rodzynkach!

On jednak tylko się uśmiechnął i wyjął zza pazuchy rulon papieru, po czym rozwinął go.

-Musiałem coś pomylić – powiedział, przeglądając listę. – Och, rzeczywiście. Albinka, lat cztery. Ona nie ma domu, wiesz? – zmienił temat nieoczekiwanie. – Jej poprzedni opiekunowie nie chcieli już z nią mieszkać. Siedzi w schronisku.

-Dlaczego? – spytała przejęta Dżunia.

-Ponieważ zbliżały się święta, a oni chcieli wyjechać do rodziny. Albinka im przeszkadzała, bo jej klatka nie zmieściła się do bagażnika.

-Nieprawda – zaprotestowała królinka, potrząsając gwałtownie łebkiem. – Niemożliwe, żeby ktoś tak myślał.

-A jednak. – Święty Mikołaj zwinął rulon i zamyślił się na chwilę. – Daj mi babkę, zaniosę ją Albince. Ona nic poza tym nie dostanie, niestety.

Dżuni oddała mu paczuszkę i patrzyła, jak grzebie w worku. Po chwili królik z okrzykiem triumfu wyciągnął worek rodzynek.

-O, mam! – Podał jej prezent. – Proszę bardzo, rodzynki dla ciebie. Jedz na zdrowie!

Królinka jednak straciła apetyt. Wciąż myślała o Albince, która dostanie jedynie paczkę babki szerokolistnej. Dżuni jadła ją na co dzień i nie spodziewała się, że ktoś może traktować te ziółka w formie… prezentu. Kiedy Święty Mikołaj zaczął się zbierać, wpadła na pomysł.

-Weź rodzynki – powiedziała, wyciągając łapkę. – Daj je Albince, na pewno się ucieszy.

Duży królik przyjął woreczek z wyraźnym zadowoleniem i wzruszeniem.

-To ważny dar, Dżuniu – rzekł, chowając rodzynki do worka. – Dziękuję ci. Wesołych Świąt!

I zniknął, wychodząc przez komin. Było to trochę dziwne, bo nie mieli nawet komina, ale mała uszatynka nie zastanawiała się nad tym. Czuła pewien smutek z powodu utraconych rodzynek, ale z drugiej strony cieszyła się, że Albinka będzie miała weselsze święta. Kiedy następnego dnia jej rodzice i opiekunowie dziwili się, że nie ma dla niej prezentu pod choinką, wszystko im opowiedziała.

-Dobrze zrobiłaś, kochanie – powiedziała opiekunka. – Nie martw się Albinką. Zadbamy, żeby wkrótce znalazła nowy dom.

Dżuni, uspokojona, poszła zjeść śniadanie. Babka szerokolistna smakowała jej jak nigdy.


O fajtłapie Ączusiu

ĄczekPewnego dnia mały królik Ączuś chciał wejść na kanapę.

Siedziała na niej Rybka, a Ączuś bardzo pragnął bawić się razem z nią.

Podszedł do kanapy i przymierzył się do skoku. „To wcale nie jest wysoko!”, pomyślał Ączuś.

„Skacz!” krzyknęła Rybka. „Chcę ci coś pokazać!”

Wtedy Ączuś odbił się z tylnych łapek i wykonał skok. Jednak coś mu nie wyszło i bęc! Wylądował na pupie.

Rybka zaniepokoiła się i spytała: „Coś się stało?!” Ączuś na to, że nic, tylko boli go omyk.

Doszedł do wniosku, że podłoga jest za śliska, i postanowił coś z tym zrobić. W pyszczku przyniósł dywanik, który leżał obok jego domku, i położył go obok kanapy. Wreszcie mógł porządnie się odbić i tym razem jego skok był udany.

„Co takiego chciałaś mi pokazać?” spytał Rybki. A ona na to: „Miałam tu pasternak, ale z tych nerwów go zjadłam.”

„To nic”, odrzekł, trochę rozczarowany. „Następnym razem też ci nie dam pasternaku”.


Czarownica i Rybek

rybkaRudy królik miał być jednym z elementów nowego czaru na bogactwo, który czarownica Karina planowała stworzyć. W skład wchodziły jeszcze liście mięty, rabarbar i topinambur. Kiedy jednak wrzuciła to wszystko do jednego worka, żeby składniki się przemieszały, królik zjadł wszystko w ciągu piętnastu minut. Zirytowana i zrezygnowana młoda czarownica umieściła najedzonego łobuza w szklanym akwarium, które kiedyś zamieszkiwały złote rybki i spełniały życzenia. Czasy się zmieniły i złote rybki niewiele mogły, ale przynajmniej zostawiły akwarium.

Karina wysłała swoje dwa gobliny na poszukiwanie nowych składników. Skoro już miała królika w garści, to musiała skorzystać. Przewertowała na nowo księgę z zaklęciami i przeczytała skład zaklęcia, żeby się upewnić, że nic nie ominęła. Królik musiał być rudy i żywy, tak jak go znalazł jej wuj. Karina podejrzewała, iż właśnie cały myk polegał na tym, że zaklęcie uda się dopiero, gdy uszak nic nie zje.

Dzięki swojej wiedźmowatej mądrości Karina wymyśliła, że uśpi go na czas leżenia w worku. I kiedy gobliny przyniosły rośliny, podała królikowi wywar usypiający. Wydawać by się mogło, że zasnął, bo położył się na boku w swoim akwarium. Wrzuciła więc go znowu do wora z resztą składników. I kiedy zadowolona z siebie zajrzała tam po ustalonej godzinie, nie było w środku ani mięty, ani rabarbaru, ani topinamburu, za to znalazła uroczo ruszającego noskiem uszaka. Czarownica zezłościła się i zwierzak znowu wpadł do akwarium.

Zabawa trwała kilka dni – usypiała królika coraz to mocniejszym wywarem, a on wciąż zjadał składniki. Karina miała wrażenie, że autor zaklęcia był strasznie ubawiony swoim czarem i z pewnością wiedział, że osiągnięcie za jego pomocą wielkiego bogactwa nie jest możliwe. Zamknęła więc królika w akwarium i wrzucała mu od czasu do czasu kawałek chleba. Jadł to z niewielkim apetytem, chyba tylko po to, żeby nie umrzeć z głodu. Karina nigdy nie zajmowała się królikiem i nie wiedziała, czym go karmić, nie zawracała sobie zresztą tym głowy.

Mijały tygodnie. Królik marniał w oczach – chleb najwyraźniej nie wystarczał mu tak, jak czasem wystarcza człowiekowi w zimie. Gobliny za to dawały mu się we znaki, gdyż ich ulubioną zabawą było wyciąganie go na siłę z akwarium i gonienie po całej chatce. Nieszczęsny uszak uciekał ile miał sił w nóżkach, jednak nie zawsze udawało mu się schować przez oprawcami. Gobliny łapały go na ręce i tarmosiły, po czym wrzucały do akwarium i następnego dnia powtarzały swój męczący rytuał.

Karina na ogół się tym nie przejmowała, jednak któregoś dnia postanowiła przyjrzeć się królikowi bliżej. Dała mu kawałek chleba i zobaczyła, że ledwo go skubnął, bo był wykończony. Trociny lepiły się od czarnych kulek i moczu. Uszaczek leżał na boku i ciężko oddychał, a co jakiś czas wydawał z siebie ciche kichnięcie. Czarownica poczuła ukłucie współczucia w swoim czarnym sercu. Przez kilka chwil rozważała wypuszczenie go na wolność, jednak uświadomiła sobie, że tuż za jej płotem mieszkają wilki. Stuknęła się w głowę, myśląc „Od kiedy to ja się tym przejmuję?!”, ale co już pomyślała to nie mogła odmyśleć.

Obudziła śpiącego na gałęzi czarnego gołębia i szepnęła mu kilka słów w ptasim języku. Ptak łypnął na nią spode łba, ale posłusznie wyleciał przez okno. Wrócił po kilku godzinach i, wielce zadowolony z siebie, zasnął z powrotem na swojej gąłązce. Karina popatrzyła na niego karcąco. Te ptaszyska zrobiły się ostatnio bardzo leniwe, pomyślała.

Nie minęły dwa dni, a do drzwi jej chaty ktoś zastukał. Karina otworzyła i spojrzała z powątpiewaniem na dwa zarośnięte, podobne do krasnoludków stwory. Miały trochę niepewne miny i wyglądały, jakby chciały czym prędzej czmyhnąć do swoich podziemnych nor.

– Witaj pani… e… czarownico. My po królika – wydukał jeden z nich. Karina nic nie odpowiedziała, tylko wróciła do izby. Stwory – zwane w tym lesie Kopaczami – popatrzyły po sobie. Czekały jednak cierpliwie, aż Karina przyniesie w jednej ręce rudego królika, a w drugiej zawiniątko. Uszatek patrzył ciekawie, nagle ożywiony, na swoich nowych opiekunów. Widok jego pyszczka rozczulił Kopaczy, ale starali się nie dać po sobie poznać emocji. Czarownica bezceremionialnie wrzuciła królika do skrzyni, którą przyniosły ze sobą stwory, wcisnęła im pakunek, po czym zatrzasnęła drzwi. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznała, poczuła się lepiej, jakby zrobiła coś dobrego. Nie umiała zająć się zwierzakiem. Miała jednak nadzieję, że Kopacze – znane ze swojego zamiłowania do małych zwierząt kopiących nory – będą wiedziały co i jak.

Stwory oddaliły się pospiesznie, nie wypowiadając ani słowa. Kiedy jednak znalazły się poza zasięgiem wzroku i czarów Kariny, zajrzały do skrzynki, gdzie mały rudy królik stawał na dwóch łapkach i od czasu do czasu podgryzał sianko znajdujące się w środku.

– Ależ on jest śliczny! – zawołał Kopacz o imieniu Rabarbar.

– Przepiękny, ten rudy pysio i jasny brzuszek są rozczulające – zawtórowała mu pani Kopaczowa, Barbara. Wszystkie Kopacze wyglądają identycznie dla innych ras, dlatego Karina nie rozróżniła ich płci na pierwszy rzut oka.

– Damy mu na imię Ryba, bo był trzymany w akwarium jak rybka.

W pakunku znalazły się wióry, wyschnięty chleb i sznurek z pętlą do wyprowadzania Rybka na spacer. Kopacze z obrzydzeniem wyrzuciły zawiniątko do rzeki. Zaniosły skrzynkę do swojej wioski, gdzie domki budowane były z drewna, a ich piętra nie wznosiły się w górę, tylko w dół. Rabarbar i Barbara mieli bardzo ładną chatkę z kuchnią na górze i sypialnią oraz biblioteczką na dole. Rybkę zanieśli do swojej sypialni, gdzie czekało na niego przytulne miejsce z wyściełanym kocem drewnianym pudełkiem, miską pełną warzyw, a także drewnianym paśnikiem pełnym siana. Rabarbar położył Rybkę ostrożnie w pudełku, po czym razem z żoną usiadł na łóżku i niecierpliwie wyczekiwał, aż królik się uspokoi i coś zje.

I od tej chwili Rybka powoli uczył się, że warto jeść dobre rzeczy i że spanie na ciepłym kocyku jest bardzo przyjemne. Kopacze były szczęśliwe, kiedy pochłonął pierwszą pietruszkę i zjadł drugą porcję siana, jednak smuciły ich lęki królika. Biedny Rybek tak się zraził przez gobliny, że na każdy gwałtowniejszy ruch reagował nerwową ucieczką. Co prawda lubił wspinać się na swoich nowych opiekunów i spał czasem na ich łóżku, jednak bał się, kiedy ktoś chciał go dotknąć. Minęło wiele tygodni, zanim Kopacze mogły uszaka normalnie głaskać, ale jego nerwowość nie zniknęła nigdy, choć z czasem zmalała. Rybka wreszcie zaufał im i uwierzył, że nie chcą nic mu zrobić – za to mogą dać pełną miskę i ciepły kocyk.

Co stało się z czarownicą? Tego nie wiemy. Mamy jednak nadzieję, że nigdy już jej nie przyszło do głowy mieszać królika z miętą, rabarbarem i topinamburem.

P.S. Jak się możecie domyślić z poprzedniej bajki, Rybek okazał się być potem Rybką. Ale to zupełnie inna historia.


 

Top